Ładowanie

Kryzys psychiczny oczami artysty. Rozmowa z Nicolasem Szopińskim

Nicolas Szopiński – architekt, malarz-hobbysta i osoba z doświadczeniem schizofrenii – w rozmowie z Przemysławem Szczygłem opowiada o swojej codzienności, roli tworzenia, duchowości i o tym, jak ważne jest przełamywanie stereotypów dotyczących zdrowia psychicznego.

Od ponad czterdziestu lat zmaga się ze schizofrenią, a jednocześnie nie przestaje tworzyć – malować, myśleć o sztuce, inspirować się architekturą, religią i obserwacjami dnia codziennego. Nicolas Szopiński to artysta, który nie szuka sensacji w swojej chorobie. Zamiast tego mówi spokojnie o tym, co pomaga mu żyć: dobrze dobrane leki, porządek wokół siebie, psychoterapia i wiara. W wywiadzie udzielonym Pracowni Latarnik dzieli się osobistą historią.

_________

Przemysław Szczygieł: Może zacznijmy od tego, czy uważa Pan, że sztuka może być narzędziem do budowania większej świadomości na temat zdrowia psychicznego? Czy może pomóc w walce ze stygmatyzacją osób w kryzysie psychicznym?

Nicolas Szopiński: Może zacznę od słów profesora Dąbrowskiego, który mówił, że zdrowie psychiczne to twórczość i rozwój. Coś powstaje i potem przez resztę dnia umysł to przetwarza, jest nad czym myśleć. U mnie ta twórczość wypływa w sposób naturalny, bo z wykształcenia jestem architektem. Studia, a później praca w tym zawodzie sprzyjały twórczości. Byłem też dosyć kreatywny jako dziecko i to mi zostało w pewnym wymiarze. Ale czy to pomaga w zdrowieniu, do końca nie mogę powiedzieć. Na pewno zachęca społeczeństwo do zainteresowania się twórczością. I wtedy osoba chora nie jest outsiderem, tylko lepiej funkcjonuje w społeczeństwie.

P.S.: Rozumiem, czyli kwestie zdrowia psychicznego, samopoczucia i twórczości to trochę dwie różne rzeczy?

N.S.: Chyba tak. Jeśli coś malujemy, coś tworzymy, to jest to swego rodzaju lustro tego, co dzieje się w naszej psychice, w duszy i może to jest dobre.

P.S.: A gdyby miał Pan zdefiniować rolę sztuki w swoim życiu, co sam proces tworzenia dla Pana znaczy, co wnosi? Wspomniał Pan, że tworzy już od dziecka w różny sposób i na pewno to Pana kształtowało. Gdyby mógł Pan coś więcej powiedzieć na ten temat, byłoby świetnie. Co znaczy dla Pana być artystą, malarzem czy malującym architektem?

N.S.: Zacznę od tego, że kiedy byłem w Nowym Jorku, wszyscy tam chcieli być malarzami, nawet architekci czy osoby innych zawodów. Docelowym zawodem było zawsze marzenie, żeby być malarzem. Co drugi kelner czy szatniarz gdzieś tam w domu trochę malował. Myślę, że architekt to fajny zawód, ale malarstwo jest jakby na przeciwnej szali. To jednak równie ciekawe zajęcie.

Czytałem kiedyś biografię Paula Gauguina. Bardzo mnie to zainspirowało. Jego życie wydawało mi się bardzo barwne. A życie architekta jest zawodem bardzo inżynieryjnym, technicznym . W sumie dosyć mnie to krępowało. Przepracowałem też kilka lat w tym zawodzie. Architektura jest ciekawa, jeśli jest się dobrym architektem, kiedy robi się ciekawe projekty i pozwala rozwijać swoje pomysły twórcze. Na przykład Frank Gehry, on współpracował właśnie z malarzami, z muzykami i od nich czerpał inspiracje, więc te dwa zawody się pokrywają, zazębiają ze sobą.

P.S.: Rozumiem. W Pana życiu codziennym są okresy, kiedy czuje się Pan lepiej, i kiedy czuje się Pan gorzej. Jak to wpływa bezpośrednio na Pana twórczość? Czy ta dyspozycja czasami ogranicza twórczość, czy wręcz przeciwnie, pobudza do tworzenia, żeby konfrontować się z tym, co Panu towarzyszy?

N.S.: Mój psycholog, pan Rafał, dał mi taką radę, żeby nawet jeśli nie mam ochoty tworzyć, malować, to zmusić się do tego na 15 minut. Potem malowanie kontynuuje się samo, czasami godzinę, czasami dwie, już własną energią, własnym ciągiem to postępuje.

Jeśli dobrze się czuję, to w ogóle nie ma problemu. Przychodzą pomysły, przychodzi wena, przychodzi inspiracja, ciekawe myśli.

P.S.: Oczywiście. A czy twórczość malarska odnosi się do Pana emocji? Czy jest też narzędziem, żeby radzić sobie z tym, co trudne, z jakimiś lękami, trudnymi doświadczeniami? Czy wiąże się w ogóle z tą sferą emocjonalną, czy może ma zupełnie inny wymiar, taki czysto formalny, załóżmy?

N.S.: Raczej ma czysto formalny. Z emocjami się nie wiąże. Raczej obrazuję to, co przeżywam. Na przykład byłem na filmie „Zagubiona autostrada” Lyncha. Nie wiem, czy Pan widział.

P.S.: Nie widziałem, ale twórczość Lyncha bardzo doceniam.

N.S.: „Zagubiona autostrada”. Pod wpływem tego filmu tego samego wieczoru namalowałem duży obraz, który zresztą trzymam. Czyli to raczej tak się odbywa, że coś przeżywam i potem to obrazuję.

P.S.: Rozumiem. Czyli to może być reakcja na jakieś obserwacje, ale niekoniecznie musi być wywołane Pana osobistymi przeżyciami.

N.S.: To na pewno nie jest dla mnie czynność terapeutyczna.

P.S.: Rozumiem. To też jest pewien stereotyp, że tworzenie musi być zawsze formą autoterapii. Myślę, że bardzo dużo się o tym mówi. Może niektóre osoby w ten sposób do tego podchodzą. A myśli Pan, że może mieć znaczenie, że tworzył Pan dużo wcześniej, zanim nadszedł moment kryzysu psychicznego? Że tworzenie od początku było czymś niezależnym?

N.S.: Niezależnym, tak. Tak jak mówię, dzień jest bardziej udany, kiedy coś namaluję, bo potem całą resztę dnia umysł jest zajęty tym malowaniem. I treść dnia powstaje. Czasami po prostu nie ma pracy zarobkowej czy czegoś i te dni są puste, trudno je wypełnić jakąś treścią.

P.S.: No tak, a jak namaluje Pan obraz, to na pewno też daje to jakieś poczucie spełnienia.

N.S.: Spełnienia, refleksje, że coś powstało, życie, nawet radość wynikającą z malowania.

P.S.:  W swojej autobiografii wspominał Pan o latach spędzonych w Kwidzynie. Chciałem się zapytać, jak życie w małym mieście wpłynęło na rozwój Pana twórczych pasji?

N.S.: Na pewno są inne krajobrazy, inne proporcje między zielenią a budynkami. Jest tam też duży kościół pokrzyżacki z zamkiem. Dużo poezji jest w tym niedużym mieście, liczącym 30-40 tysięcy mieszkańców. Był tam nawet klub malarski, do którego chodził mój ojciec, nazywał się „Kontrasty”, przy zamku, przy katedrze. Muszę powiedzieć, że to były czasy, kiedy telewizja dopiero raczkowała. Życie w ogólniaku, w podstawówce było bardzo dobre, pełne życia. Ludzie interesowali się tym, co było w telewizji, potem omawiali to w szkole – jakiś film, pamiętam „Zorro”, „Robin Hood”, „Janosik”, „Lalka” – „Lalkę” oglądałem z ojcem później. To było bardzo kolorowe. Blisko było kino, nazywało się „Tęcza”, i mama nas tam posyłała nawet na filmy dla dorosłych, bo znała portierkę. Były dla nas trochę zbyt poważne, zbyt ciężkie, ale jednocześnie wnosiły dużo koloru do życia. Kiedy wracaliśmy z bratem, bo to było blisko, kilkaset metrów, coś działo się w duszy, w psychice, było to duże przeżycie. Kiedy zachorowałem na schizofrenię, środowisko, w którym żyję, jest po prostu mniej ciekawe, bardziej szare. Teraz, z wejściem internetu, telefonii komórkowej, jest to inne, moim zdaniem mniej zdrowe niż życie w małym mieście.

P.S.: A jak Pan myśli, z czego to może wynikać?

N.S.: Może z tych znajomości, które powstają. Część moich znajomych ma doświadczenie schizofrenii. Ta choroba w samym swoim założeniu jest niepiękna i to jakoś rzuca cień na psychikę, na życie.

P.S.: A wracając jeszcze do Kwidzyna, kiedy wrócił Pan z Nowego Jorku, wrócił Pan właśnie do Kwidzyna i w swojej autobiografii pisze Pan o towarzyszącej temu uldze. Dlaczego? Mógłby Pan coś więcej powiedzieć o emocjach, które towarzyszyły Panu, kiedy wrócił Pan do swojego rodzinnego miasta?

N.S.: Wróciłem do jakiejś takiej normalności, bo doświadczenie Nowego Jorku było dosyć dogłębne, poważne, do końca nienormalne. Przez te trzy lata, które spędziłem w Nowym Jorku, miałem tak zwane „sny emigranta”. Polega to na tym, że będąc za granicą, śni się o Polsce, a będąc w Polsce, śni się o zagranicy. I mi śniły się te uliczki, ten wielki dom w Kwidzynie, ten zamek jako coś spokojniejszego, coś przyjemniejszego niż rzeczywistość Nowego Jorku.

P.S.: Wspominał Pan, że w Kwidzynie funkcjonował jakiś klub malarski?

N.S.: Tak, „Kontrasty”.

P.S.: Czy nie szukał Pan podobnej społeczności tutaj w Gdańsku, na przykład teraz, obecnie?

N.S.: To dobry pomysł, ale szukałem. Jest klub, a przynajmniej był w każdym razie  –  klub malujących architektów.

P.S.: W Sopocie działał? W Sopocie, tak. Były jakieś spotkania w Dworku Sierakowskich?

N.S.: Tak, ale ja się tam jakoś nie zaklimatyzowałem. Chyba to się urwało. Nie wiem, czy w ogóle jest kontynuacja tych spotkań. Mieli jakieś plenery na Kaszubach. Namalowałem tam jakiś obraz. Dla mnie struktura tego klubu była trochę niezrozumiała i jakaś taka trudna. To nie było tak, że idę co tydzień w jakieś określone miejsce i tam już się spotykamy, malujemy, jak przy tym zamku w Kwidzynie, tylko gdzieś to było bardzo ulotne.

P.S.: Rozumiem, że czasami te spotkania były, czasami nie?

N.S.: Czasami nie. Jakieś wystawy, jakieś spotkania. Potem spotkania tych malujących architektów odbywały się w Spatifie. Brakowało mi systematyczności i prostoty.

N.S.: Pera Dahlberga. Kojarzy Pan?

P.S.: Ten Szwed? Kojarzę jego twórczość, te sopockie…

N.S.: Sopockie architektury.

P.S.: Zdeformowane budynki sopockie.

N.S.: Budynki, tak. Niepowtarzalny styl.  Mniej więcej wiem, co ludzie tworzą na temat Sopotu, na temat tego miasta. Mam też dobrego kolegę, który jest dobrym malarzem, ale jest w pewnym sensie samoukiem i od kilkudziesięciu lat sprzedaje akwarele przy Neptunie. Bardzo dobre, bardzo dobre. Trochę się marnuje. Właśnie to mnie zastanawia, że maluje bardzo dobre akwarele, a sprzedaje je w taki sposób… No, ale z drugiej strony to dobre miejsce, bo spotyka różnych cudzoziemców, może z nimi porozmawiać.

P.S.: Może łatwiej o klienta?

N.S.: Łatwiej o klienta, tak.

P.S.: Chciałem się też zapytać o to, jak samo doświadczenie choroby wpływa na Pana twórczość. Czy sposób postrzegania rzeczywistości, świata, jest na tyle inny, że może sprzyjać wypracowywaniu indywidualnego stylu twórczego? Czy znowu, to są raczej dwie niezwiązane ze sobą sfery życia?

N.S.: Moje malowanie jest zakorzenione w pewnym sensie w impresjonizmie. A impresjoniści z założenia nie malowali ponurych, „chorych” klimatów. I ja też nie lubię malować rzeczy „chorych”.

P.S.: Rozumiem.

N.S.: Tylko tak jak impresjoniści chcę zawsze namalować coś fajnego. Coś, co ma jakiś pozytywny przekaz, coś budującego. Czyli wzorem impresjonistów, dosłownie.

P.S.: Ale to też się chyba zmieniało w czasie, prawda? Pisał Pan w swojej autobiografii, że po powrocie do Polski twórczość stała się bardziej radosna, ale wcześniej bywały też mroczniejsze, trudniejsze obrazy.

N.S.: Z tego, co mi przychodzi do głowy, to obraz, w którym inspirowałem się filmem Lyncha. To jest taki bardziej ponury obraz.

P.S.: Rozumiem.

N.S.: Jeszcze go nie pokazywałem, ale zauważyłem, że na wystawie w Don Kiszocie, ponure, depresyjne obrazy wywoływały większe zainteresowanie. Jakoś odbiór był taki, że przyciągały uwagę.

P.S.: Może to też trochę wynika z emocji, z jakimi ludzie przychodzą. Jeśli człowiek ma wiele spraw poukładanych, to czasami wyrwanie z tej harmonii może być interesujące, może być jakimś otrzeźwieniem, przypomnieniem, powrotem do trudniejszych emocji. A z drugiej strony, jeśli człowiek sam się z czymś mierzy, to wtedy obrazy w bardziej pozytywnym duchu mogą być formą ukojenia, wyciszenia, pocieszenia.

N.S.: Dobrze pan powiedział. Tak to mniej więcej wygląda. I profesjonaliści mówili, że jest tyle chorób, śmierci i cierpienia, że oni nie chcą już tego malować.

P.S.: Pisał Pan też o wpływie świętej Edyty Stein na Pana postrzeganie sztuki. Użył Pan takiego określenia, że tworzenie jest formą świętej służby. Czy mógłby Pan rozwinąć tę myśl?

N.S.: Ona była zdania, że po prostu dobra sztuka – ale to musi być już dobra sztuka – jest formą modlitwy, objawieniem. Że sztuka jest, można powiedzieć, drugim płucem Kościoła. Człowiek chodzi do kościoła, gdzie są modlitwy i liturgia, a sztuka, przez to, że pokazuje piękno i różne wartościowe rzeczy, ma równie dużą wartość. To w książce „Wiedza Krzyża” Edyty Stein. Krótkie zdanie właśnie, że jest objawieniem i że jest po prostu świętą służbą. Jakoś tak, trochę ja to przyjąłem jak dogmat, ale też się z tym jak najbardziej zgadzam.

P.S.: Rozumiem, czyli takie poczucie towarzyszy Panu na co dzień przy malowaniu?

N.S.: Tak, tylko że ja nie mogę powiedzieć, że jest to 100% tego, co robię, że to jest jakaś dobra twórczość, jakaś taka z górnej półki.

P.S.: A to też jest zawsze jednak trochę subiektywne.

N.S.: Tak, subiektywne. A w ogóle ciekawe, co ona mówiła, że w zasadzie przez świat wizualny nie możemy poznać Absolutu, że najważniejsze jest to, co niewidzialne.

P.S.: Trochę jak przy ikonach. Mamy przedstawienie plastyczne, ale jakby to, co najważniejsze, to jest ta wartość duchowa, do której one odsyłają.

N.S.: Ja też ostatnio bardziej związałem się z religią, zrobiłem rysunków, obrazów i jest to jakby takie wskazówki do czegoś mistycznego, czegoś nadprzyrodzonego, do tego takiego ostatecznego piękna.

P.S.: Czyli te modlitewne, medytacyjne tematy przewijają się w Pana twórczości? Gdyby miał Pan jakoś opisać, jak Pana twórczość ewoluowała na przestrzeni lat, na ile odzwierciedlała różne etapy życia?

N.S.: Teraz mi się przypomina… Byłem na oddziale dziennym na Akademii Medycznej i tam mnie namówili, żeby zrobić taką miniwystawę. Zebrałem swoje obrazy. Była tam profesor, nie pamiętam, jak się nazywała, i ona tak przyszła, popatrzyła i mówi: „Oj, widzę dużo niepokoju, dużo niepokoju w tym wszystkim”. Czyli gdzieś tam różne powstawały szkice, nieduże obrazy, przeważnie temperowe, bo jeszcze nie malowałem chyba wtedy olejami. To były lata, no to było 25 lat temu, czy tam 20. I one były takie, po prostu każdy obraz z innej parafii, gdzieś zestawiony ze sobą, i potem to się jakoś jednoczyło wszystko. Teraz, jeśli coś robię, to po prostu jest spokojniejsze. Jeśli jestem niespokojny, to w ogóle nic nie maluję. Nie tworzę, czekam, aż to się wszystko uspokoi i dopiero wtedy coś robię.

P.S.: Czy uważa Pan, że to też może wiązać się z jakąś większą dojrzałością artystyczną?

N.S.: Myślę, że tak. Myślę, że gdzieś tam to ewoluuje. Pewnych rzeczy nie chcę już robić. Jest jakiś wybór, jeśli chodzi o tematy.

Ostatnio na koncercie muzyków amerykańskich, mówili, że inspirują się malarzem Cy Twomblym. On jest bardzo znany, choć  już nie żyje. Znałem jego twórczość. Nawet chyba widziałem w jak byłem w Nowym Jorku. Wtedy miałem poczucie, że to nieporozumienie, jakieś kreski, jakieś plamki, że tak powiem. Myślałem, że zrobił karierę, bo po prostu duże formaty malował i to tyle. Ale widzę teraz, że jeśli ta inspiracja trwa przez dziesięciolecia, to człowiek musi zostać dobrym malarzem. Gdzieś społeczeństwo go w końcu zauważa i po prostu docenia tę jego wytrwałość.

P.S.: Rozumiem, że za tym jednak kryje się jakiś koncept, coś więcej.

N.S.: Tak.

P.S.: No tak, bo przy takich jednorazowych „strzałach”, że tak powiem, można byłoby pomyśleć, że może ktoś jest hochsztaplerem, uprawia jakąś formę malarskiego oszustwa.

N.S.: Tak, tak, tak.

P.S.: Trudno byłoby żyć w taki sposób przez kilkadziesiąt lat i nie wierzyć w ten swój koncept.

N.S.: W ogóle ta sztuka amerykańska wydawała mi się takim, jak tam pisałem, odbiciem mojej choroby psychicznej, że ona jest taka niespokojna, trochę chora. Z jednej strony opisująca rzeczywistość amerykańską, a z drugiej strony ją tworząca.

P.S.: To trochę jak z telewizją, że na samym początku telewizja miała naśladować rzeczywistość, a obecnie bywa odwrotnie, że ludzie naśladują telewizję.

N.S.: Ja w ogóle z założenia mało oglądam filmów. Jakoś tak nie mogę poświęcić tyle czasu.

P.S.: Jakby miał Pan opisać najczęstsze stereotypy i fałszywe przekonania dotyczące kryzysów psychicznych, z którymi chciałby Pan się rozprawić jako osoba zmagająca się ze schizofrenią?

N.S.: W tym roku mija 40 lat, odkąd choruję na schizofrenię. Miałem różne doświadczenia i stwierdzam, że kluczowe jest odpowiednie ustawienie leków. Przez długie dziesięciolecia nie radziłem sobie z tym, aż w końcu trafiłem do jednego z najlepszych lekarzy i dopiero wtedy wszystko zaczęło się układać. Inaczej pewnie już dawno byłbym w Domu Pomocy Społecznej. Uważam, że ustawienie leków i chemia mózgu muszą być podstawą wszystkiego, a do tego dochodzi psychoterapia, która również pomaga w wielu kwestiach. Ważny jest też głębszy fundament, jakim jest wiara. Daje mi poczucie, że nie jestem sam, że w najtrudniejszych sytuacjach kryzysowych wychodzę z nich nie tylko o własnych siłach, ale często dzięki ludziom, których uważam za posłańców. Wierzę, że jest coś, co pomaga mi wyjść z tych najtrudniejszych kryzysów.

P.S.: A wracając do stereotypów dotyczących osób chorujących psychicznie, które pojawiają się w przestrzeni publicznej, a są zupełnie nieprawdziwe – co by Pan wymienił?

N.S.: Może to, że ludzie chorzy psychicznie są niebezpieczni. Wydaje mi się, że jest wręcz przeciwnie – negatywne objawy są często tak silne, że ci ludzie po prostu nie radzą sobie z życiem. Na przykład, ucząc angielskiego osoby niepełnosprawne w Sopocie, widzę, że osoby z niepełnosprawnością intelektualną mają w sobie tyle normalnego życia i siły życiowej. Są tam też dwie, trzy osoby ze schizofrenią. Te osoby są po prostu „zgaszone” przez leki i przez objawy schizofrenii – brakuje im siły życiowej. Od razu widać, że życie ledwo się w nich tli. To jest bardzo poważna choroba.

P.S.: Wspominał Pan wcześniej, że potrzebował dużo czasu, by trafić na lekarza, który potrafił dobrze ustawić leki. Czy zdarzały się momenty w Pana życiu, zanim to się stało, kiedy myślał Pan, że już nigdy nie uda się dobrze funkcjonować, że nie ma nadziei?

N.S.: Chyba nie było takich momentów. Nadzieja zawsze była. Dzięki Bogu nie mam skłonności samobójczych, ale kiedy chodziłem do Klubu Samopomocy na Chrobrego, to niestety wśród osób związanych z klubem zdarzyły się 2-3 przypadki odebrania sobie życia.

P.S.: Straszne.

N.S.: Depresja jest czasami tak silna, że ludzie po prostu nie wytrzymują.

P.S.: Jakie elementy w Pana życiu codziennym najbardziej wspierają Pana dobre funkcjonowanie?

N.S.: Myślę, że elementarny porządek we wszystkim. Były czasy, że nie potrafiłem utrzymać porządku wokół siebie i to były bardzo trudne lata. Myślę, że najlepiej mi się wszystko układa, kiedy jestem swoim własnym kucharzem i sprzątaczem. Kiedy skupię się na tym, podstawa codziennego dnia jest załatwiona i mogę czuć się trochę lepiej.

P.S.: Czyli takie poczucie sprawczości, zaczyna się od małych rzeczy?

N.S.: Tak, głównie od porządku. Wiem, że na przykład malarz Bacon, który bardzo cierpiał, choć chyba nie był chory psychicznie, nie radził sobie z porządkiem wokół siebie, co przynosiło mu dużo cierpienia. To po prostu ułatwia życie.

P.S.: Czy miałby Pan jakieś przesłanie dla osób, które same zmagają się z rozmaitymi kryzysami psychicznymi – czy to ze schizofrenią, czy szerzej, z depresją, lękami?

N.S.: Po pierwsze, dobre ustawienie leków. Trzeba o to zawalczyć w pierwszej kolejności. Leki muszą być naprawdę dobrze dobrane. Ważne jest też, żeby nie żyć w nędzy. To rola państwa, aby osoby chorujące psychicznie nie żyły w biedzie, bo to bardzo przyczynia się do złego samopoczucia. Uważam też, że każda osoba w chorobie, jeśli ma swojego psychologa i psychoterapię, powiedzmy raz w tygodniu, to jest to bardzo pomocne. Może to poprawić zdrowie psychiczne o około 30%.

P.S.: A jak psychoterapia wpłynęła na Pana życie?

N.S.: Mam godzinę psychoterapii co tydzień już od kilkunastu lat. W zasadzie to jest przekrój przez wszystkie moje problemy. Zaczynamy od dolegliwości fizycznych – co boli, co bolało, jakieś zabiegi, operacje, a kończąc na psychice. Zazwyczaj wychodzę z kilkoma bardzo celnymi radami. Czasami to po prostu ustawia mnie na cały tydzień.

P.S.: A czy uważa Pan, że Polacy generalnie zaniedbują swoje zdrowie psychiczne? Bagatelizują problemy, nie dbają o ten aspekt?

N.S.: Myślę, że tak. W Polsce od razu się uważa, że jak ktoś korzysta z usług psychologa czy psychiatry to „czubek” i outsider. Tymczasem kiedy byłem na emigracji w Nowym Jorku, tam posiadanie swojego psychoterapeuty było wręcz modne.

P.S.: W końcu nawet ludzie zdrowi mogą chcieć porozmawiać o problemach dnia codziennego. Ludzie przeżywają żałobę, spotykają ich różne sytuacje.

N.S.: Tak. Usłyszałem takie humorystyczne zdanie, że każdy ma jakiś problem psychiczny, tylko nie wszystkie są zdiagnozowane. Trudno mi wyobrazić sobie ludzi zupełnie zdrowych. Przypuszczam, że są to po prostu okresy, kiedy na przykład żałoba czy zobaczenie wypadku na drodze, może wywołać szok i wtedy psycholog jest bardzo potrzebny.

P.S.: Czy jest coś jeszcze, czym chciałby się Pan podzielić z naszymi czytelnikami? Coś szczególnie dla Pana ważnego?

N.S.: Myślę, że na koniec – trzymanie się prawdy, posiadanie jakiegoś fundamentu , którym może być wiara w Boga, w Jezusa. Uważam, że Jezus – Prawda jest widzialna rzeczywistością, ale i również istniejącą Osobą. Warto trzymać się tego, co prawdziwe i rzeczywiste, mieć ten głębszy sens i świadomość, że jak jesteśmy w wielkich tarapatach, to jest siła, która może nam pomoc.

P.S.: Myślę, że to bardzo pokrzepiające. Dziękuję Panu za rozmowę.

N.S.: Dziękuję.