Ładowanie

Dzieci jednego Boga. Refleksja Michała Strzeszyńskiego

Oddajemy w Państwa ręce niezwykle osobisty i poruszający tekst jednego z uczestników naszego projektu. To intymny zapis zmagań z chorobą, pisany językiem pełnym metafor, bólu, ale i ogromnej nadziei. Zapraszamy do lektury tego świadectwa.

_________

Kto czyta te słowa, ten po prostu uroni łzę. Kto zna jego, odkryje, co było potem – natomiast ten, kto zna ją, nie dowie się, co wydarzyło się później. Bo są dziećmi tego samego Boga, istoty nadludzkiej. Mocno wierzę w to, że właśnie dlatego oboje są szczęśliwi.

Ona – dobra dziewczyna. Mimo że on był chory na trąd, żyli pod tym samym niebem. On był poetą i potrzebował swojej Drugiej Połowy, Diany, po to, by tworzyć i pracować. I właśnie z nią stworzy rzeczy wielkie: piękne wiersze, poematy, liryki, fraszki, opowiadania i inne formy literatury pięknej.

Kto jest innego zdania? Kto nie wierzy? Oto pobrali się, wzięli ślub na statku płynącym do ciepłych krajów. Towarzyszyły im piękne, pogodne widoki – mistyczne, niebiańskie. Byli zapatrzeni w swoje oczy.

To wszystko pomaga mu, choremu na trąd, wracać do zdrowia. To żar uczucia przemienia się w poemat. Niesie się po świecie cud o jego uzdrowieniu. I ja to przeżyłem, a Ona ze mną. My tego doświadczyliśmy. A to wszystko zostało zapisane złotymi zgłoskami w Księdze „M jak Miłość”. I uczucie to nigdy nie przeminie. Będzie trwać.

A trąd już nie wróci.

Trąd objawił się przede wszystkim tym, że chory zszedł do piekła, gdzie różne straszne, groźne głosy i dźwięki rozsadzały mu głowę. Słyszał szepty, chociaż nikogo wokół nie było. Diabły przypiekały go rozgrzanymi, metalowymi prętami. Podejrzewał, że ścigają go wszystkie mafie świata, a co gorsze – także policja. Nie będę się nad tym długo rozwodził. Najważniejsze, że powoli, krok za krokiem, zaczął wychodzić z kryzysu, jaki wywołuje w mózgu trąd. Bo to choroba mózgu.

Dlaczego nazywam trądem coś, co nie do końca nim jest? Dlatego że ludzie, kiedy widzą taką chorobę – a raczej jej objawy – odwracają się od Ciebie. Uciekają albo się śmieją. I robi Ci się smutno.

Dlaczego nie nazwę tego po imieniu? Schizofrenia. Tak nazywa się ten trąd. Boję się tej nazwy. Na razie jeszcze jej nie oswoiłem.

Ktoś kiedyś powiedział, że z tej choroby wychodzi 20% chorych. Pozostali tkwią w tym po szyję. To smutne, ale nowoczesne leki dają wytchnienie i ulgę tylko niektórym. Powstaje jednak wiele miejsc, które są ostoją dla chorych: oddziały dzienne, grupy wsparcia i inne. Jest też Latarnik, Chrzan House, Klub 123, a wszystko to pod szyldem Centrum Samopomocy w Gdyni.

Oprócz tego istnieją też historie, które stają się światłem w ciemności. Dla mnie taką historią są losy Johna Nasha przedstawione w filmie „Piękny umysł”. Główny bohater to wybitny matematyk, który za swoją teorię równowagi otrzymał nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii. Nash zmagał się z schizofrenią przez wiele lat, po to by pod koniec życia nad nią zatriumfować. Jego postać może być inspiracją do tego, jak walczyć z chorobą. Nie tracić nadziei.