Ładowanie

Wiara jako oparcie w kryzysie. Rozmowa z Nicolasem Szopińskim

W świecie zdominowanym przez szum informacyjny i pośpiech, osoby zmagające się z kryzysami psychicznymi często szukają stałego punktu oparcia. Dla Nicolasa Szopińskiego, artysty i człowieka od lat mierzącego się ze schizofrenią, takim fundamentem stała się świadoma wiara. W rozmowie z „Latarnikiem” Nicolas dzieli się swoją poruszającą drogą od dziecięcej religijności, przez okres ateizmu, aż po odnalezienie w duchowości ratunku przed rozpaczą.

____________

Przemysław Szczygieł: Podczas naszej poprzedniej rozmowy wspomniał Pan, że to nie tyle religia, co sama wiara i duchowość pomagają Panu w codziennym życiu. Jak to się właściwie zaczęło? Czy zawsze miał Pan poczucie, że wiara może być dla Pana oparciem?

Nicolas Szopiński: Dorastałem w rodzinie katolickiej, więc ta wiara była obecna od początku. Wspólnie z ojcem się modliliśmy, grałem nawet w kościelnym zespole rockowym wykonującym muzykę religijną. Ale wtedy to była wiara nieświadoma. Na studiach, pod wpływem kolegów, zostałem ateistą na kilka lat. Przełom nastąpił później, gdy byłem na emigracji w Niemczech. Wpadła mi wtedy w ręce mała książeczka z Nowym Testamentem. Poczułem rodzaj olśnienia; ta historia niezwykle mi się spodobała i od tego momentu stałem się człowiekiem wierzącym już w sposób bardziej świadomy.

Co Pana tak bardzo zainteresowało w Nowym Testamencie?

Sama fabuła. Ktoś mógłby żartobliwie powiedzieć, że chrześcijaństwo przetrwało, bo ma spójną historię, ale dla mnie ta opowieść była po prostu bardzo zajmująca. Mamy świadectwa czterech ewangelistów, którzy opisali to, co widzieli: że Jezus zmartwychwstał.  A jeżeli było zmartwychwstanie to i to, co mówił Jezus jest prawdą. Uważam, że nie mieli powodu, by zmyślać.

Bliska jest mi też myśl Josepha Ratzingera zawarta w Wprowadzeniu w chrześcijaństwo. Pisze on o tym, że świat jest stworzony z myślą, z konkretnym planem, a nie jest tylko chaotycznym bezładem. Ta myśl, ten Logos, to właśnie Bóg.

Wspomniał Pan o swoich doświadczeniach emigracyjnych. Niewątpliwie jednym z ważniejszych miejsc, które miały wpływ na Pana życie był Nowy Jork. Jak Pana duchowość przetrwała konfrontację z rzeczywistością tego miasta?

Nowy Jork to trudne miasto, pełne znieczulicy. Widzi się tam drapacze chmur i drogie samochody, a obok ludzi w kryzysie bezdomności, którzy są dla innych niemal przezroczyści. Ja sam choruję na schizofrenię od 40 lat i to, że przetrwałem ten czas w takim miejscu, jest dla mnie dowodem na obecność Boga.

Doświadczyłem tam też bardzo konkretnej pomocy ze strony Kościoła. Pamiętam księdza, który kupił mi płaszcz na zimę, gdy nie miałem już żadnych pieniędzy. Bez tego pewnie skończyłbym pod mostem. Ta opieka wspólnoty chrześcijańskiej była niesamowitym kontrastem dla ogólnego pędu i chłodu miasta.

W jaki sposób wiara pomaga Panu w najtrudniejszych momentach?

Przede wszystkim mam z kim rozmawiać. Czuję, że nie jestem sam, że Jezus jest przy mnie. Czasem popadam w taki monizm: myślę, że Bóg objawia się w całym świecie, nawet w przedmiotach, których dotykam.

Od osiemnastu lat należę do wspólnoty neokatechumenalnej. To wspólnota ludzi o podobnych poglądach, co daje ogromny komfort. Pomagamy sobie nawzajem. W czasie pandemii przynosili mi jedzenie, odwiedzali mnie. W mojej grupie jest kilka osób z depresją czy problemami alkoholowymi; wszyscy trzymamy się Boga, bo to nadaje życiu sens i chęć do dalszego trwania. Bez wiary nie byłbym gotowy na starość. Życie seniora, pełne chorób i często spychane na margines przez społeczeństwo, bez duchowości wydaje mi się wręcz niemożliwe do udźwignięcia.

Czy te doświadczenia duchowe wpływają na Pana twórczość artystyczną?

Tak, bardzo często czerpię inspirację z tematów religijnych. Namalowałem portret Edyty Stein po lekturze książki o niej , stworzyłem też ikonę Zwiastowania. Praca nad tymi obrazami daje mi świetne odczucia – głupie myśli znikają, jestem całkowicie pochłonięty procesem. To rodzaj zachwytu nad postacią, głębokie odczucie religijne, które stanowi silny kontrast dla szarości codzienności.

Co chciałby Pan przekazać osobom, które mierzą się z własnymi kryzysami, a nie są pewne, czy droga duchowa jest dla nich?

Problemy psychiczne często wiążą się z poczuciem winy, z błędami przeszłości, z którymi człowiek sobie nie radzi. Wiara daje świadomość, że Chrystus te wszystkie sprawy „załatwia”. Można poczuć się usprawiedliwionym i być w zgodzie ze światem, zamiast powtarzać sobie: „jestem do niczego”.

Bliska jest mi postać św. Jana od Krzyża, który opisywał „noc ciemną” – stan, w którym czuł się odrzucony i skonfliktowany ze sobą. Ta noc jednak w końcu mija. Tak samo patrzę na kryzysy psychiczne. To doświadczenie ciemności, przez które trzeba przejść. Świadomość, że po końcu życia fizycznego czeka nas coś lepszego, naprawdę potrafi podtrzymać człowieka. Sam Chrystus był odtrącany przez świat, więc jedność z Nim w takich momentach jest bardzo budująca.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.