Pamiątkowy album wspomnień. Kilka osobistych refleksji o stracie i odchodzeniu
„Wspomnienia to obrazy w sercu, których nie zmazuje czas” – Gustave Flaubert
Zacznijmy od siebie – na początku był staż
Kiedy w 2017 roku pierwszy raz przekroczyłam próg Środowiskowego Domu Samopomocy przy ul. Maczka 1 na wejściu powitała mnie uczestniczka, śp. p. Ula, rubaszna blondynka z nadwagą. Jej szeroki uśmiech do dziś sprawia, że wciąż ciepło o niej myślę, pomimo iż w ciągu kolejnych lat dała się nam wszystkim we znaki i to nie jeden raz. Wtedy nie wiedziałam, czego tak naprawdę mogę się spodziewać zaczynając tutaj staż. Dotychczas znałam życie „babki z korpo”, która wiedziała, jak poruszać się w labiryncie organizacyjnych regulacji i biurowych zawiłości, czy też jak radzić sobie w trudnych sytuacjach w szybko zmieniającym się międzynarodowym środowisku.
Serdeczny uśmiech p. Uli oraz jej wskazówki, gdzie mam się udać, sprawiły, że stres pierwszego dnia jakby się zmniejszył, a ciekawość tego miejsca jeszcze bardziej wzrosła.
Teraz, po kilku latach spędzonych tutaj, mogę przyznać, jak niewielkie pojęcie miałam o pracy w tym miejscu i pracy z osobami po kryzysach psychicznych. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo codzienne obcowanie z tymi osobami jest wymagające i pełne wyzwań, ale też jak bardzo ta praca daje mi poczucie sensu tego, co robię, a czego wcześniej nie doświadczyłam. Jak poznawanie życia innych, ich codziennych trosk, problemów, pogmatwanej przeszłości, niekiedy traumatycznej – pozwala mi patrzeć na moje własne życie z innej perspektywy. Nikt też nie ostrzegał mnie, że branie udziału w życiu tej społeczności tak mocno mnie zwiąże z tym miejscem. I wszystkimi osobami, którym pomagam. Czasami zdarza mi się zajmować też tematami, które są niemniej ważne niż zdrowie psychiczne moich pacjentów.
Wszystko to sprawia, że jestem zapraszana do ich życia, do ich świata. Staję się częścią ich środowiska. Rozumiem już teraz, czym jest Środowiskowy Dom Samopomocy – miejscem nie tylko mojej pracy, ale też miejscem gdzie mogę poznać różne odcienie i barwy życia, a żaden serial nie będzie w stanie ich oddać.
Jeśli żałoba byłaby postacią, która może przed wami stanąć i mówić, jaki miałaby głos? Nie wyręczajcie jej, niech opowiada sama. I zapiszcie jej słowa. Zanim zaczniecie, uspokójcie umysł. Zamknijcie oczy. Weźcie kilka głębokich oddechów. Gdy poczujecie, że możecie się skupić, weźcie długopis lub połóżcie dłonie na klawiaturze. Weźcie jeszcze jeden oddech i w czasie wydechu spytajcie wasz smutek: «Kim jesteś?» albo «Powiedz mi, kim jesteś ».
Fragment pochodzący z książki „Cierpisz? Masz do tego prawo” Devine Megan
Na temat żałoby i odchodzenia napisano już wiele artykułów, książek i powieści. Przeprowadzono wiele badań nad sposobami radzenia sobie w takich sytuacjach. Podejmując się napisania tego tekstu, nie chciałam zajmować się ani etapami żałoby, ani relacjonować tego, czego dowiedziałam się studiując psychologię, czy uczestnicząc w dziesiątkach różnych szkoleń.
Chciałabym podzielić się tym, co sama przeżywam i jak sobie radzę pracując na co dzień w Środowiskowym Domu Samopomocy z osobami z zaburzeniami psychicznymi, cierpiącymi też na różne schorzenia somatyczne. Większość z nich osiągnęła już wiek senioralny i stopniowo odchodzą… Czasem niespodziewanie, znienacka. Innym razem nie jest to zaskoczeniem, ale dotyka tak samo boleśnie.
Napisać o tym co ważne – dla siebie i dla innych
Strata zmienia nas, to nie ulega wątpliwości. Zostawia w sercu pustkę, którą próbujemy zrozumieć, oswoić, wypełnić czymś, co pozwoli odnaleźć sens w tym, co się wydarzyło. W takich chwilach szukamy różnych znaków – słów, które pomogą nam odnaleźć równowagę, choćby na chwilę. Dla mnie osobiście, w trudnych momentach, cichym towarzyszem i wsparciem są książki, zarówno powieści, jak i bardziej wymagające opracowania. Oczywiście najbardziej cenię książki, które nie serwują gotowych rozwiązań. Nie obiecują, że ból zniknie, jeśli tylko wykonamy określone kroki.
Książki pomagają mi spojrzeć na całe spektrum emocji z większą łagodnością, pozwalają na oderwanie się i nabranie dystansu. Nie chodzi o to, by wyzbyć się smutku, ale by nauczyć się z nim być. Strach, gniew, żal – nie muszą być naszymi wrogami. Możemy się do nich zbliżyć, nie uciekając w bajkę „co nas nie zabije, to nas wzmocni”, która zawiera w sobie oczekiwanie, że poradzimy sobie z każdą trudną sytuacją.
To nieprawdziwe przekonanie utrudnia doświadczanie straty, skontaktowanie się z negatywnymi efektami rożnych doświadczeń i uznanie ich wpływu. Utrudnia ponadto szukanie wsparcia.
W jednej z książek traktującej o stracie przeczytałam, że lepiej te trudne emocje przyjąć, dać im przestrzeń – nie po to, by się w nich zatracić, ale by przestały nad nami panować. „Czasem jedyne, co możemy zrobić, to po prostu być w tym, co jest, nie oczekując, że będzie inaczej. To wrażliwość, a nie twarda zbroja, jest prawdziwą siłą”. Nie chodzi o to, by szukać w cierpieniu sensu na siłę, ale by pozwolić sobie zobaczyć, co zmienia w nas czas. Nie musimy od razu „ruszać dalej” – czasem wystarczy po prostu trwać.
Czas nie jest naszym przeciwnikiem – jest przestrzenią, w której możemy oddychać, nawet jeśli na początku wydaje się on przytłaczający. W żałobie świat wydaje się stać w miejscu, ale to my możemy zdecydować, jak długo chcemy w tym zatrzymaniu pozostać. Małe gesty, proste rzeczy – jeden dzień, jeden oddech – mogą stać się pierwszym krokiem.
Nie chcę przekonywać ani siebie ani moich pacjentów, że wszystko minie szybko i bez śladu. Staram się im tylko uświadomić, że nie jesteśmy sami w tym, co przeżywamy – i że nawet jeśli dziś nie widzimy światła, nie znaczy to, że go nie ma.
Jak fotografie w albumie…
Kiedyś usłyszałam, że pisarz przeżywa każdą rzecz dwukrotnie – raz, gdy ona się zdarza, i drugi raz, gdy o niej pisze.
Doświadczenie żałoby to obszar trochę jakby ocenzurowany. Często my sami nie pozwalamy sobie o nim mówić. Jesteśmy wychowani tak, by nie opowiadać o bólu. Szansa na wypowiedzenie wszystkiego, co leży nam na sercu, daje wolność. Na pustej kartce można powiedzieć wszystko.
Dla mnie jest to okazja, żeby pamięć o tych, których już nie ma z nami, została utrwalona – jak różne krajobrazy na fotografiach. Przewijając slajdy moich wspomnień wciąż widzę:
- p. Elę, „królową klubokawiarni” w kapeluszu, z papierosem w ręku, witającą wszystkich wchodzących przez furtkę do ŚDS-owego ogrodu;
- p. Roberta, siedzącego z wypiekami na twarzy, z torbą przewieszoną jak u listonosza i marzącego o przeczytaniu arcydzieła Jana Potockiego – „Rękopis znaleziony w Saragossie”;
- p. Zdzisława, który często z trudem oddychał, a z zapałem oddawał się tworzeniu nowego kwiatowego wzoru na swoim witrażu;
- p. Ewę, która „nigdy nie była letnia”, narzekającą na to, że córka przecież nie jest diabetologiem i nie będzie decydować, ile insuliny ma przyjąć;
- p. Janusza, chrumkającego jak świnka i obracającego w żart ciężki do zniesienia temat, a opiekującego się wiekową matką z ogromną troską i zaangażowaniem;
- p. Romka, przebierającego nóżkami i czekającego w napięciu, aż będę mogła posłuchać jego nowego wiersza, napisanego podczas bezsennej nocy;
- p. Kostka, który zrezygnował ze swojego pierwszego imienia, aby łatwiej było go odróżnić od innych panów noszących to imię – jak korzysta jako jedyny z własnej woli z rowerka treningowego w ośrodku;
- p. Jurka, który będąc starszym panem nadal uciekał przez okno przed demonami z przeszłości, a któremu dzięki wsparciu udało się znieść jarzmo ubezwłasnowolnienia;
- p. Andrzeja, który „studiował parapsychologię w Szanghaju”, a każdego roku podczas spotkanie wigilijnego w ŚDS zamieniał się w szalonego Mikołaja, rozdającego prezenty i kąśliwe, ale trafne uwagi (to już poza okresem świątecznym);
- p. Jolę, cichą i milczącą, uśmiechającą się jedynie, gdy mogła zapalić długo wyczekiwanego papierosa;
- p. Marię, stale narzekającą na bolące nogi i współczującą opiekunce, która miała problemy rodzinne i nie mogła do niej przychodzić;
- p. Anię, której problemy reumatoidalne utrudniały chodzenie, a która kiedyś chciała pracować w turystyce;
- p. Magdę, ciągle zapłakaną i hipochondryczną, która znajdowała ukojenie w czytaniu tablic rejestracyjnych oraz kupowaniu niezliczonej ilości suplementów w pobliskiej aptece.
Życie każdej z tych osób mogłoby stać się doskonałym materiałem na poczytną książkę, a ja w kilku słowach starałam się oddać to, jak ich zapamiętam.
Być może, jako odbiorcy mojego tekstu, pomyślicie, że traktuję pisanie jako swego rodzaju autoterapię. I być może wcale nie mylicie się. Różne badania pokazują, że regularne poświęcanie czasu na pisanie (zazwyczaj zaliczane do zajęć kreatywnych) ma zbawienny wpływ na redukcję stresu i utrzymanie równowagi emocjonalnej. A co za tym idzie – pomaga w poradzeniu sobie z bólem po stracie. Bo strata boli. Jednak różne wspomnienia, nawet te niezapisane, pozostają w nas na zawsze, tak jak p. Ula, spotkana tego pierwszego dnia… I wszyscy inni, o których tu wspomniałam i których miałam okazję spotkać na swojej drodze – na zawsze będą mieć miejsce w moim sercu i pamiątkowym albumie wspomnień.
Justyna Szoździńska – psycholog w ŚDS Maczka 1 w Gdyni, konsultant psychoterapii pozytywnej, z wieloletnim doświadczeniem w obszarze zarządzania zasobami ludzkimi w międzynarodowych firmach finansowych. Aktywna miłośniczka ogrodu. Lubi książki i górskie wędrówki. Żona informatyka i matka jedynaka.
Tekst pochodzi z 11. numeru rocznika „Otwarte Bramy”. Z pełną treścią czasopisma można zapoznać się tutaj – kliknij i sprawdź.


